Wolność, hierarchia i edukacja – Dariusz Jemielniak o Wikipedii

Chciałbym porozmawiać z Panem – jako badaczem, ale i praktykiem Wikipedii – o mitach, jakie funkcjonują na temat tego projektu. Wydaje mi się, że pomimo tego, że Wikipedię wykorzystuje się powszechnie, świadomość zasad jej funkcjonowania i struktury jej społeczności jest bardzo słaba. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: to, że Wikipedię edytować może każdy nie oznacza wcale, że jest to projekt egalitarny, w którym każdy edytor ma takie same prawa. Mówienie o hierarchii i kontroli w kontekście tak wolnościowego projektu może zaskakiwać…

Dariusz Jemielniak*: To prawda – egalitaryzm polega bardziej na daniu równych szans na starcie, tj. każdy może do projektu przystąpić i z czasem dać się poznać na tyle dobrze, że uzyska pozycję społeczną i zaufanie), a nie sensu stricte na pełnej równowartości wszystkich opinii. Co prawda wiele rzeczy decyduje się w demokratycznych głosowaniach, a naczelną zasadą jest dążenie do konsensusu (czyli sytuacji, w której w zasadzie wszyscy przynajmniej tolerują wypracowane rozwiązanie), ale, tak jak w każdej organizacji bez wyjątku, tworzą się nieformalne struktury hierarchii, kontroli, relacji pomiędzy użytkownikami. To w pełni naturalne, że nawiązujemy przyjaźnie, nabieramy szacunku, czy tez dorabiamy się wrogów, jak w każdej innej społeczności. W związku z tym opinie niektórych użytkowników i użytkowniczek mają większą wagę, niż inne (a ściślej rzecz ujmując, opinie wyrażane poprzez konkretne awatary, bo na Wikipedii, jak w większości społeczności wirtualnych, autorytet wypracowuje się dla konkretnych kont, choć zabronione jest edytowanie jednocześnie z kilku na raz). Dodatkowo, jak w większości organizacji, także tradycyjnych, zbiorowość Wikipedii podlega pewnej biurokratyzacji – tworzone są kolejne reguły, zasady, przepisy, coraz rzadziej stosuje się początkowo ważną ideę „ignorowania wszystkich zasad, o ile to przyczynia się do poprawy encyklopedii”. Wszystko to powoduje, że powstają także nieformalne hierarchie oparte na znajomości reguł: nowicjusze są postawieni na straconej pozycji w sensie relacji władzy, bo nie mają znajomości reguł. Dość powiedzieć, że na angielskiej Wikipedii ilość przepisów i regulacji przekroczyła już sto kilkadziesiąt tysięcy słów (więcej, niż moja książka).

We wprowadzeniu do wspomnianej książki (Życie wirtualnych dzikich Netnografia Wikipedii, największego projektu współtworzonego przez ludzi) krytykuje Pan znane tezy Andrew Keena (autora Kultu Amatora) który – pisząc o Wikipedii – twierdzi, że nikt przy zdrowych zmysłach nie oddałby swojej pracy za darmo i anonimowo. Czy społeczne uprzedzenia wobec Wikipedii nie biorą się też stąd, że jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do – jak Pan pisze – pewnego neoliberalnego paradygmatu, w którym każde działanie (także tworzenie wiedzy) musi być w jakiś sposób ekonomicznie uwarunkowane?

Społeczne uprzedzenia wobec Wikipedii mają kilka źródeł. Przede wszystkim, faktycznie mamy do czynienia z neoliberalną ideologią, w ramach której praca woluntarna, darmowa i dla samej przyjemności jest bardzo podejrzana. Znacznie łatwiej wyjaśnić takie działanie zakwestionowaniem jego motywów (stwierdzeniem, że Wikipedię na pewno edytują tylko wariaci i nieudacznicy, albo przypisaniem redaktorom Wikipedii makiawelicznych intencji), niż przyznać, że neoliberalny paradygmat nie wytrzymuje próby czasu w zetknięciu z realiami otwartej współpracy w dwudziestym pierwszym wieku. Powodów uprzedzeń jest jednak więcej. Na przykład środowisko akademickie w oczywisty i naturalny, choć niekoniecznie uświadomiony sposób traktuje Wikipedię jako zagrożenie jego pozycji. W końcu jeżeli w Wikipedii można znaleźć uporządkowaną wiedzę, w dodatku zazwyczaj prawidłowo zaprezentowaną i niezawierającą błędów (a w każdym razie nie w liczbie statystycznie wyraźnie istotniejszej, niż w przypadku wiedzy prezentowanej przez przeciętnych nauczycieli akademickich, którzy też przecież nie są nieomylni), to naukowcy, wraz ze swoimi podręcznikami i dydaktyką, przestają być jedynym jej źródłem. Zatem istotną częścią uprzedzeń wobec Wikipedii jest także swoista gra o społeczną legitymizację, w której naukowcy bronią swojej wyłącznej pozycji jako autorytetu wiedzy. Wreszcie, ideologia egalitaryzmu i „mądrości tłumów” kłóci się z oświeceniowym przekonaniem o mądrych elitach, które niosą kaganek masom. Nawet nowoczesne (i światłe) koncepcje Habermasa i dialogu społecznego opierają się na założeniu takiej dychotomii: elity są mądrzejsze od całej zbiorowości. Tymczasem model Wikipedii pokazuje, że „milion oczu czyli każdy problem banalnym” i że suma wiedzy pozyskanej w ramach otwartej współpracy wielu zwykłych ludzi może z powodzeniem konkurować z wiedzą tworzoną przez specjalistów. To nie przypadek, że kolejne naukowe badania dowodzą, że hasła w Wikipedii nie ustępują jakością, zakresem merytorycznym, poziomem detali, czy łatwością przekazu komercyjnym encyklopediom.

Chyba trudno zgodzić mi się z tak pozytywną oceną jakości haseł Wikipedystycznych. Wydaje mi się, że porównywanie ich z wiedzą nauczycieli akademickich nie jest specjalnie dobym pomysłem – w końcu w Wikipedii mamy konkretną formę przekazu informacji, konkretny gatunek publikowania (encyklopedia), który uniemożliwia stosowanie głębszych dygresji i odwołań do literatury przedmiotu – to da się zrobić na seminarium czy podczas wykładu, ale nie w kilkustronicowym nawet opracowaniu. Może po prostu przeceniamy Wikipedię i zapominamy, że to ma być encyklopedia, a nie alternatywa dla uniwersytetu?

Ależ to wszystko zależy, co rozumiemy przez „wiedzę nauczycieli akademickich”! Na pewno Wikipedia nie może konkurować z najwybitniejszymi profesorami i profesorkami, czy to na świecie, czy w Polsce. Ale z przeciętnymi wykładowcami? Moim zdaniem, jak najbardziej tak – bo przeciętni wykładowcy zwyczajnie mogą nie aktualizować swojej wiedzy, mieć w niej braki, itp. Oczywiście, że Wikipedia jest encyklopedią i nie ma na razie ambicji zastępowania wykładów, czy uczelni w ogóle – chodzi raczej o to, że wiedzę w formie encyklopedycznej prezentuje w sposób nie gorszy, niż robiliby to uczeni.

Czy można powiedzieć, że kolejnym błędem w podejściu do Wikipedii jest zły model korzystania z jej treści? Mam wrażenie, że polska edukacja w jakimś stopniu funkcjonuje dzięki Wikipedii jako niewyczerpanemu źródłu łatwo dostępnych treści do wypracowań i prac akademickich. Czy Pana zdaniem potrzebna jest w polskiej szkole i na uczelniach edukacja do Wikipedii, a jeśli tak – to jaką formę mogłaby ona przyjąć?

Wydaje mi się, że obarczanie winą Wikipedii za epidemię plagiatów świadczy o niezrozumieniu sytuacji. Wikipedia jest plagiatowana tylko dlatego, że jest najlepszą encyklopedią. Gdyby taki status miało dzieło akademickie, to ono byłoby kopiowane bez skrupułów. Zatem kwestia plagiatów jest niezależna od źródeł, które są kopiowane. Jestem głęboko przekonany, że Wikipedia powinna być traktowana w szkołach dokładnie tak samo, jak każda inna encyklopedia: czyli nie być stosowana jako podstawowe źródło informacji, a jedynie jako punkt wyjścia do szukania źródeł pierwotnych. Jednakże jeżeli ktoś faktycznie poprzestaje na Wikipedii i z niej skorzysta, powinien oczywiście normalnie się na nią powołać, tak samo jak zrobiłby powołując się na jakąkolwiek inną encyklopedię. Na pewno na polskich uczelniach potrzebne są szkolenia w ogóle z zakresu etyki akademickiej, poprawnego tworzenia bibliografii i standardów cytowań – takie szkolenia w autorskim programie prowadzę sam na Akademii Leona Koźmińskiego. Dobrą praktyką byłoby również edukowanie studentów i studentek jak pisać hasła na Wikipedii. To doskonałe ćwiczenie akademickie (napisanie hasła wcale nie jest proste, wymaga używania oryginalnych źródeł, umiejętności syntezy, wreszcie – znacznie trudniej tam zastosować plagiat, niż w przypadku akademickiego eseju, który trafia do szuflady, bo na Wikipedii na plagiat może zwrócić uwagę każda z czytających dane hasło osób, a w przypadku eseju – tylko profesor lub profesorka). To także sposób na podzielenie się swoją wiedzą przez ludzi uprzywilejowanych społecznie. Pamiętajmy o tym, że wyższe wykształcenie, luksus studiowania i intelektualnego obcowania z przedstawicielami świata akademickiego jest czymś, o czym wiele osób na całym świecie może tylko zamarzyć. Mnóstwo ludzi na świecie nie ma także dostępu do darmowej wiedzy – Wikipedia ten problem rozwiązuje.

Nie obwiniam Wikipedii za plagiaty – to, że jest powszechnie wykorzystywana jako wypełniacz treści w wypracowaniach czy pracach zaliczeniowych to wynik złego systemu edukacji, w ramach którego nie można (albo się nie chce) efektywnie egzekwować wiedzy. Myślę, że warto tu wrócić do kwestii stosunku środowiska akademickiego do Wikipedii i powiedzieć kilka słów o problemie dostępności. Chyba najprostszą lekcją, jaką akademicy mogą wynieść z sukcesu Wikipedii, jest nauczenie się dbania o dostępność produkowanej przez siebie wiedzy. Może to być nawet dostępność na podstawowym poziomie (publikowanie w modelu open access) i myślenie o popularyzacji wyników własnych badań…

Wbrew pozorom większość naukowców chce rozpowszechniać swoje wyniki badań – choćby dlatego, że zależy im na cytowaniach. Problem jest jednak w archaicznym modelu publikacji czasopism, które wykorzystują pracę naukowców, nie oferując w zamian dostępu do ich wyników choćby z pewnym opóźnieniem, ale darmo.

Czy naukowiec, ekspert w swojej dziedzinie, może skutecznie działać jako aktywny twórca haseł wikipedystycznych? Czy rzeczywiście największą barierą jest tutaj zasada „Bez twórczości własnej” (No Original Research, NOR)?

Zasada NOR nie jest żadną barierą – każdy naukowiec rozumie ją doskonale, bo ona mówi po prostu, że Wikipedia jest jedynie źródłem wtórnym (w każdym doniesieniu jakiegoś faktu czy fragmentu wiedzy, który nie jest oczywisty, wymaga powołania się na zewnętrzne wiarygodne źródła, nie może zatem służyć do publikowania wyników badań nie ogłoszonych nigdzie indziej wcześniej). Naukowcy mają raczej problem z dwiema innymi rzeczami: po pierwsze, czasem trudno im się powstrzymać przed autopromocją. Zawsze mają naturalną pokusę, aby pisać o swoich badaniach. Wynika ona z tego, że jako specjalistki w swoich dziedzinach często publikują także na ich temat. O ile takie wykorzystanie własnych dzieł mieści się w granicach rozsądku i jest uzasadnione merytorycznie, nie jest to duży problem. Problemem jest natomiast druga kwestia: wielu naukowców nie jest w stanie pogodzić się psychicznie z sytuacją, w której to, co piszą, może być zakwestionowane, mogą być poproszeni o podanie źródeł, wyjaśnienia, a nawet ich praca może zostać skasowana, w dodatku przez osoby o znacznie niższym statusie społecznym. Profesorka, której artykuł zostanie skasowany przez licealistę, będzie musiała mieć dużo cierpliwości i dobrej woli, aby tłumaczyć i walczyć o swoje, a to jednak nie jest cecha powszechna w kadrze akademickiej, zwłaszcza, że wraz z rozwojem kariery naukowej coraz bardziej przyzwyczajamy się do bycia autorytetami w swoich dziedzinach.

Na koniec chciałbym zapytać o Pana ocenę obecnej sytuacji i perspektyw Wikipedii. Czy mamy do czynienia z kryzysem związanym z brakiem nowych aktywnych edytorów (i praktyczną nieobecnością kobiet w tym gronie)? Czy projekty współpracy środowiska wikipedystycznego z instytucjami kultury w ramach projektów GLAM-Wiiki nie są sposobem na utrzymanie rozwoju? Zamiast nowych haseł Wikipedia rozrastać się ma dzięki skanom dokumentów i fotografii przejmowanych z muzeów, bibliotek i archiwów?

Przede wszystkim, wszelkie katastroficzne wizje kryzysu nowych edytujących rozsnuwane są od co najmniej sześciu lat i trzeba je traktować z pewną dozą ostrożności. To, że bilans edytujących (nadwyżka nowych nad odchodzącymi) nie jest tak dobry, jak kiedyś, nie przekłada się na przykład na liczbę dni pomiędzy każdym milionem edycji, co oznacza, że Wikipedia rozwija się w dosyć stałym tempie, a sama retencja użytkowników i użytkowniczek może nie być dobrym wskaźnikiem rozwoju. Także przy interpretacji danych na temat płci użytkowników i użytkowniczek trzeba zachować pewien sceptycyzm, bo nie mamy zwyczajnie dobrych narzędzi do wiarygodnego analizowania płci edytujących (w dużym skrócie, badania sondażowe nie są do końca miarodajne, bo występuje autoselekcja osób, które zgadzają się wziąć w nich udział; z kolei badanie autodeklaracji na Wikipedii tez obarczone jest błędem, bo niektórzy wolą swojej płci nie podawać, a niektórzy chcą występować pod inną płcią, niż ta, z którą identyfikują się w świecie realnym). Niezależnie jednak od tych problemów metodologicznych wiele różnych badań wskazuje, że procent kobiet redagujących Wikipedię waha się od 10 do 20%, a zatem faktycznie jest niezwykle niski. Powodów po temu jest wiele: pewnym czynnikiem jest „geekowska” kultura Wikipedii, z kolei samo to że historycznie było na niej więcej mężczyzn ma efekt odstraszający, wreszcie ilość konfliktów i konieczność ostrego argumentowania swoich opinii także może częściowo zniechęcać kobiety. Podejmujemy aktywne wysiłki aby zmienić ten stan rzeczy, spodziewam się w kolejnych latach znaczącego przywrócenia proporcji płci do większej równowagi. W kwestii projektów związanych ze skanowaniem – są one naturalną koleją rozwoju, ponieważ Wikipedia w dużym stopniu nasyciła się już wiedzą, którą można po prostu wygenerować siłami zbiorowości, natomiast wciąż ma spore braki w zakresie skanów archiwalnych źródeł, zdjęć, itp. Należy się jedynie cieszyć, że one także stopniowo włączane są do zasobów w pełni dostępnych i darmowych.

Dziękuję za rozmowę

dr hab. Dariusz Jemielniak jest profesorem zarządzania w Akademii Leona Koźmińskiego. Był stypendystą Collegium Invisibile, Fundacji Nauki Polskiej, Fundacji Fulbrighta, Fundacji Kościuszkowskiej, tygodnika „Polityka”, i in. Jest członkiem Akademii Młodych Uczonych PAN. Od lat jest Wikipedystą. Stworzył także najpopularniejszy polski słownik internetowy ling.pl. Strona domowa www.jemielniak.org.

Do wygrania dwa egzemplarze książki Życie wirtualnych dzikich Netnografia Wikipedii, największego projektu współtworzonego przez ludzi)