Gorąco zachęcam do pisania po swoich książkach… – rozmowa z Rafałem Wójcikiem

link

Marcin Wilkowski: Cyfrowa kultura odbija się w zwierciadle średniowiecza – tak streścić można tezy artykułu, który Rebecca E. Zorach, historyczka sztuki z Uniwersytetu Chicago opublikowała w Wired w 1994 roku. Zastanawiam się, czy tego typu interpretacje są uprawnione i czy odwołania do średniowiecznej kultury mogą stać się argumentem w dyskusjach na temat współczesnego kształtu prawa autorskiego? Czy są w stanie uwiarygadniać definiowanie nowych treści tak podstawowych pojęć jak oryginał i kopia, autor, wiedza? Co wspólnego może mieć blogowanie z kompilowaniem manuskryptów?

Rafał Wójcik: Blogowanie nie kojarzy mi się osobiście z kompilowaniem manuskryptów. Z kompilowaniem bardziej kojarzą mi się plagiaty… Blogi to raczej sylwy siedemnastowieczne, rękopisy tymczasowe, takie, które mają być na podorędziu. Bliżej blogom chyba także do codziennych gazet. Podobnie jak one szybko tracą na znaczeniu i aktualności. I jest ich równie wielka liczba.

Przywołany przez Pana tekst jest eseistyczny, a w eseju można sobie pozwolić na niemal dowolne skojarzenia. Zaciekawiło mnie, że już w 1994 roku Zorach myślała w ten sposób. Być może moje zdziwienie wynika z faktu, że u nas, w Polsce, wówczas (przynajmniej w humanistyce) mało kto się spodziewał, jak wielki skok dokona się w ciągu najbliższych lat. W owym czasie nasze studenckie pismo “Sfinga” zapisywaliśmy na wielkich dyskietkach i jeździliśmy je drukować do znajomego na politechnice. O internecie w sumie niewiele się mówiło na studiach (mam na myśli filologię klasyczną, polonistykę czy historię). Raczej jako o ciekawostce.

Skojarzenie Zorach wydaje mi się uprawnione, bo sam mam podobne, natomiast nie wiem, czy może być argumentem w przywołanych przez Pana dyskusjach. Żyjemy jednak w innej rzeczywistości niż nasi przodkowie. To, że oni nie znali pojęcia prawa autorskiego (w naszym rozumieniu), nie oznacza, że my możemy sobie na to samo pozwolić, skoro w międzyczasie prawo to zostało wymyślone i wprowadzone w życie. Niewątpliwie jednak żyjemy w czasach, gdy pojęcie autorstwa i prawa autorskiego musi zostać jakoś przedefiniowane.

Osobiście mam nadzieję, że jednak pójdzie to w stronę otwartości – czyli w pewien sposób – powrotu do średniowiecza, gdzie za dzieło płacił przede wszystkim mecenas, a nie odbiorca. Odbiorca płacił za nośnik (papier, pergamin) i kopiowanie (jeśli sam go nie dokonywał). Z drugiej strony, struktura społeczna była zupełnie inna niż obecnie.

Jednym z przejawów średniowiecznej otwartości obiegu kultury była całkowicie inna niż współcześnie idea autorstwa i koncepcja relacji między autorem a dziełem…

W średniowieczu nikomu nie przyszło do głowy zaprzątać sobie głowy pytaniem o pozwolenie na kopiowanie dzieła. Powiedziałbym, że powielanie nadawało dziełu (i jego autorowi) powagi, znaczenia, autorytetu. Czy nie przypomina to trochę współczesnej liczby wyświetleń? Im większa oglądalność bloga, tym większe jego znaczenie i częstsze do niego odwołania. Być może jest to pozorne, ale coś w tym mi się wydaje podobnego do średniowiecznej liczby kopii. I tak wtedy, jak i dziś – autor nic z tego nie ma, prócz satysfakcji. Czy jest to złe? Nie potrafię tego ocenić. Jestem zwolennikiem wolnego dostępu do kultury i wiedzy, ale też doskonale zdaję sobie sprawę, że wszystko kosztuje.

Nawiasem mówiąc średniowieczna anonimowość (która jest nieprawdą), nie wynikała z niechęci autorów do podpisywania się, ale raczej z faktu, że w przypadku mniejszych utworów lub tych przekazywanych ustnie i przypadkowo zapisanych – mało kto sobie zaprzątał głowę kwestią autorstwa. To jedna strona medalu. A druga, jak podejrzewam, ale udowodnić tego nie potrafię – w przypadku niektórych dzieł ich autorstwo było tak oczywiste dla współczesnych, że nie zapisywano imienia. A potem, wraz ze świadkami, umarła pamięć o autorach. Czasem sami oni dbali o to, by zapisać swoje imię na wieki w formie akrostychu, co pozwala badaczom, jak Henrykowi Kowalewiczowi w latach sześćdziesiątych XX w., czy Wiesławowi Wydrze w latach osiemdziesiątych, zidentyfikować nowych autorów (Kowalewicz odkrył kilkunastu nieznanych wcześniej twórców) lub przypisać wiersze uznawane dotychczas za anonimowe – konkretnej osobie, w tym przypadku Władysławowi z Gielniowa.

W średniowieczu kopiowanie to zawsze czynność twórcza, przy czym kopista zostawiał swój ślad na poziomie tekstu – w błędach, skrótach, przypisach czy choćby samym wyborze kart z kodeksu – oraz w warstwie wizualnej treści. Czy można powiedzieć, że w tamtej kulturze (jakkolwiek ryzykowne jest definiowanie jednej kultury średniowiecznej) nie istnieje ideał jakiegoś kanonicznego oryginału? Dziś mamy książki będące zamkniętymi wydaniami, powielane w tysiącach egzemplarzy o identycznej treści…

Z jednej strony, oczywiście, że istnieje. Przecież Biblie, teksty Augustyna czy innych Doktorów jednak kopiowano z dbałością, choć i w nich błędów było mnóstwo. Dotyka Pan jednak bardzo interesującego problemu i dyskusji, która w moim odczuciu nie odbiła się chyba szerszym echem w Polsce. Mam na myśli zderzenie tradycji Lachmannowskiej w edycji tekstów (czyli, w dużym skrócie, szukanie owej idealnej wersji tekstu, najbliższej intencji autora, najczystszej) z propozycją szkoły Nowej Filologii (New Philology), która postulowała przeciwne podejście do tekstów średniowiecznych – według przedstawicieli tej szkoły każda kopia w każdym kodeksie – powinna być przedmiotem osobnego badania. Nie ma idealnego tekstu, natomiast są różne wersje tekstu w różnych kontekstach. Bo kontekst, w jakim się dzieło pojawia, oprawa graficzna, glosy, marginalia, błędy, zmiany – wszystko jest ważne dla podejmowanych prób zrozumienia, jak dane dzieło funkcjonowało w danym środowisku, jakimi opatrywano je komentarzami tu, a jakimi tam itd. Nowa Filologia spotkała się z krytyką, ale czymś, co wydaje mi się bardzo interesujące w obecnych czasach, jest możliwość połączenia tych dwóch szkół dzięki narzędziom, jakie daje edycja online. O tym m.in. piszę obecnie artykuł z Lucie Doležalovą, Farkasem Kissem i Eyalem Polegiem. Niestety, jeśli chodzi o edycje krytyczne, jestem tradycjonalistą i cenię papier, mam do niego większe zaufanie. Choć możliwości, jakie daje internet i narzędzia w nim – są zadziwiające i czasem zachwycające.

Co do identycznej treści – ma Pan oczywiście rację, gdy mówimy o dzisiejszych wydaniach papierowych. Te rzeczywiście są zamkniętymi wydaniami. Ale edycje w wirtualnej chmurze mogą być w każdej chwili zmienione, zmodyfikowane, tak jak notka w blogu.

Treść notki na blogu tak jak treść karty w średniowiecznym kodeksie może być rozszerzana choćby przez komentarze, dopiski na marginesach. Kiedy staram się budować jakieś relacje między średniowiecznym a współczesnym modelem czytania ważne dla mnie są te wzajemne interakcje autor-czytelnik w obrębie jednego dokumentu. Czasem nawet bywa tak, że te komentarze i marginalia są więcej warte niż podstawowy tekst. To też w jakiś sposób zaburza nam czytelne definiowanie autorstwa treści.

Pozwolę sobie zacząć od końca – całkowicie się zgadzam. To, co znajduje się czasem na marginesach, w interliniach – bywa o wiele bardziej interesujące od głównej treści dzieła. Nie mówiąc o tym, że glosy były w średniowieczu czasem wciągane do głównego korpusu dzieła przez kolejnych kopistów. To też jest bardzo interesujące zagadnienie. Nawiasem mówiąc – niewiele jest smutniejszych spraw niż czysta, pozbawiona jakichkolwiek śladów lektury książka. O ile nie rzuca się to tak w oczy w naszych domowych biblioteczkach, pełnych współczesnych wydań, o tyle książka, której nikt nie otworzył przez kilkaset lat, w której nikt nic nie zanotował… Budzi smutek. Natomiast rękopisy czy druki pełne rękopiśmiennych glos, cech własnościowych, czasem zawierające dyskusję między kolejnymi właścicielami, albo ślady wrogości wobec treści dzieła – takie księgi i książeczki budzą wzruszenie, emocje, swego rodzaju czułość. Przynajmniej we mnie. I gorąco zachęcam do pisania po swoich książkach, ponieważ w przyszłości to właśnie te ślady indywidualnej lektury będą często w naszych książkach najbardziej interesujące.

W pewnym sensie ma Pan rację porównując komentarze w blogu do marginaliów. Jednak jest jedna zasadnicza różnica. Rękopisy nie miały moderatora czy też administratora. Oczywiście, kolejny właściciel mógł niewygodne marginalia usunąć, zamazać. Ale jednak nie w takim zakresie, jak ktoś, kto ma uprawnienia do bloga. Jeśli komentarz Panu nie odpowiada, zawsze może go Pan usunąć, a jeśli ma Pan włączoną funkcję zatwierdzania komentarzy, wówczas może Pan nawet go nie opublikować… Niewątpliwie jednak dyskusje pod tekstem głównym, w którym bierze udział wiele osób (pomijam trollowanie, które na blogach naukowych chyba zdarza się nader rzadko), są bardzo często równie ciekawe, jak tekst główny. I w tym sensie zgadzam się z Pana porównaniem do marginaliów.

Chciałbym jeszcze wrócić do kwestii statusu autora w średniowieczu. Powszechnie i chyba błędnie sądzi się, że ideałem była anonimowość twórcy, mającego wykorzystywać swój talent raczej dla chwały Boga niż własnej. Może ten model wypełniali mnisi, jednak trudno o tak pobożną i skromną postawę wśród popularnych francuskich truwerów. Czy w średniowieczu twórca posiadał jakiś specjalny status społeczny, różniący go od zwykłych ludzi? Czy uznanie się za twórcę mogło być formą nobilitacji? Dziś moim zdaniem mamy do czynienia z odejściem od takiego modelu – twórcą może być każdy, wystarczy odpowiednio kreatywne podejście do dostępnych powszechnie narzędzi – edytorów multimediów, programów graficznych, aparatu cyfrowego…

Wydaje mi się, że nie można dokonać porównania obecnych czasów i obecnych możliwości z tym, co mieli do dyspozycji ludzie średniowiecza. Pomijam zaplecze techniczne, którym my dysponujemy, ale przede wszystkim edukacja stoi na zupełnie innym poziomie. Dziś czytać i pisać potrafi każdy, przynajmniej w naszej kulturze. A jeśli zechce i los będzie mu sprzyjał – może zostać uznanym twórcą, pisarzem, muzykiem itd.

Ale czy nie jest tak, że w średniowiecznej kulturze trudno było nie być twórcą? Dziś media i przemysł rozrywki podsuwa nam niezliczone oferty spędzania wolnego czasu. Uruchamiamy odtwarzacz mp3 i słuchamy muzyki – nie musimy słuchać sąsiadów ani śpiewać samemu. W takiej perspektywie średniowiecze to jest czas także trochę wymuszonej twórczości…

Wydaje mi się, że niezmiernie trudno było być twórcą. Większość czasu większości populacji zajmowała jednak walka o przeżycie. Nasze czasy, nasze problemy w porównaniu z ich problemami wydają się nieistotne. Takie jest moje odczucie. Głód, zimno, zarazy, wojny, ciemność. Trudno nam to sobie chyba wyobrazić. Natomiast chyba o wiele bardziej aktywnie oni się włączali we wszystko, co się działo, niż my zwykliśmy. To pozwalało oderwać się od codzienności. Sądzę też, że jednak w dzisiejszych czasach jest o wiele łatwiej tworzyć. I też osób w jakiś sposób parających się tworzeniem jest dziś o wiele więcej niż wtedy.

Natomiast Pańskie pytanie o anonimowość i status twórcy w średniowieczu jest bardzo trudne. Z jednej strony bowiem, rzeczywiście, jak wcześniej wspominałem, anonimowość jest pozorna. Gdyby była tak powszechna, to byśmy dziś autorów różnych dzieł nie znali. Z drugiej strony, szczególnie w przypadku utworów modlitewnych, liturgicznych – rzeczywiście część z nich była komponowana ku chwale Bożej, w pokorze i anonimowym duchu (choć jednak to właśnie wśród takich utworów Kowalewicz odnalazł kilkunastu nowych autorów, którzy zaszyfrowali swe imiona w akrostychach).

Status twórcy wydaje mi się skomplikowanym zagadnieniem. Wiele zależy od rangi dzieła. Wysoka pozycja autorytetów, jak Augustyn, św. Bernard z Clairvaux, Tomasz z Akwinu, Bonawentura, Jan Kapistran i dziesiątki czy setki innych – wydaje mi się niepodważalna. Natomiast status autorów np. pieśni świeckich wydaje mi się dużo mniejszy. Weźmy Archipoetę. Jego pozycja zależała od widzimisię mecenasa, co przypomina relacje poetów i cesarzy w starożytnym Rzymie. Ta zależność od chlebodawcy była wówczas czymś oczywistym. Mogą nas śmieszyć panegiryki, przeróżne pochwalne wiersze ku czci możnowładców (a ten trend utrzymywał się przecież przez kolejne stulecia), ale należy pamiętać, że za te wiersze i poematy twórcy mogli się utrzymać, a co ważniejsze – mogli utrzymać się w łasce chlebodawcy. Bo tak naprawdę – w jakim rozumieniu używamy tu słowa “status”? Chodzi o pieniądze, sławę czy autorytet? Oczywiście mogą się zbiec wszystkie trzy elementy, również w przypadku twórców średniowiecznych, ale jednak nie posądzam św. Bernarda z Clairvaux czy św. Bonawentury o pisanie dla mamony. Przecież oni tworzyli ku chwale Pana. Gdy zastanawiamy się zatem nad statusem twórcy w średniowieczu, trzeba zadać sobie najpierw pytanie – jakiego twórcy? Tak jak i dziś, tak i wtedy pisano różne dzieła, wiersze, wierszyki, z różnych powodów, dla osiągnięcia różnych celów, czasem na zamówienie, czasem z potrzeby serca, czasem pod wpływem natchnienia, czasem dla sławy. Jestem skłonny sądzić, że podobnie jak dziś, różni twórcy mieli różny status.

Chciałbym zakończyć tę rozmowę ostatnią już analogią i wspomnieć o zmianach, jakie rozpowszechnienie druku wprowadziło w średniowiecznym systemie dystrybucji wiedzy. Mam na myśli przede wszystkim odrzucenie monopolu wydawniczego i zwiększenie dostępności książki, która stawała się po prostu tańsza. Na swoim blogu pisze Pan tak w perspektywie dyskusji wokół systemu prawa autorskiego, jakie wywołała sprawa ACTA: Czy nie jest zatem tak, że badacze zajmujący się mniej popularnymi, medialnymi dziedzinami wiedzy, których dorobkiem zainteresuje się wąskie grono specjalistów, są niczym twórcy bardzo niszowej muzyki i de facto jest im na rękę piractwo w sieci, bowiem przynajmniej w ten sposób do ich tekstów dotrą ludzie, których nie stać na kupno bardzo drogich książek, albo nie mają dostępu online do udostępnionych za słoną opłatą zasobów? Czy internet w takiej perspektywie jest rewolucją na miarę druku? I znów możemy mówić o pozytywnej roli piractwa? Wcześni drukarze raczej nie przejmowali się prawami autorskimi do powielanych przez siebie dzieł.

Nie jestem badaczem mediów współczesnych, zatem trudno mi się kompetentnie wypowiadać. Mogę mówić tylko o moich prywatnych odczuciach. A te są takie, że żyjemy w czasach rewolucji niebywałej. I myślę, że przeciętni ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Chodzi nie tylko o przełom, jaki spowodował i powoduje internet, ale także o tempo tych zmian. Druk jednak rozpowszechniał się kilkadziesiąt lat, a jego rozwój nie galopował tak, jak to widzimy w przypadku internetu. Książka zachowywała swoją formę, zmieniała się czcionka, grafika, oprawy. Natomiast my, w ciągu kilkunastu lat mieliśmy już web 1.0, teraz jest 2.0 (bez względu na to, czy się zgadzamy z tym podziałem czy nie ), a po piętach depcze nam już web 3.0 – semantic web. Przed nami zupełnie nieznane jeszcze konsekwencje tego, co nadchodzi.

Odnoszę wrażenie, że żyjemy w niezwykle ciekawych czasach. Ale też być może spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność, z której nie do końca zdajemy sobie sprawę – bo drogi rozwoju, które my proponujemy, wybieramy, wymyślamy, mogą zaważyć na sposobie życia przyszłych pokoleń. Oczywiście – zawsze tak było. Mam jednak wrażenie, że obecnie zostało to spotęgowane.

dr Rafał Wójcik – bibliotekarz, filolog klasyczny, mediewista. Pracuje w Sekcji Starych Druków w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu. Interesuje się sztuką pamięci (ars memorativa), literaturą późnego średniowiecza, dziejami książki oraz wpływem nowych technologii na mediewistykę. Opiekuje się także Kolekcją Komiksów w BUAM. Od niedawna autor bloga Filologia cyfrowa :: Mediewistyka 2.0 oraz współautor bloga Komiks w bibliotece.

Grafika: średniowieczny kolekcjoner książek siedzący przy stole, drzeworyt z 1494 roku. Udostępnia Biblioteka Kongresu.

O ile nie zaznaczono inaczej tekstowa treść tego artykułu jest dostępna na licencji CC BY-SA 3.0.

Powiązane wpisy

Komentarze “Gorąco zachęcam do pisania po swoich książkach… – rozmowa z Rafałem Wójcikiem”

  1. Pingback: [co z tą Głową masz, co.] | zwyczajne nic.
  2. Trackback: [co z tą Głową masz, co.] | zwyczajne nic.
  3. Pingback: Gorąco zachęcam do pisania po swoich książkach « Filologia cyfrowa :: Mediewistyka 2.0
  4. Trackback: Gorąco zachęcam do pisania po swoich książkach « Filologia cyfrowa :: Mediewistyka 2.0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current ye@r *