Dlaczego historia potrzebuje piractwa?

Jeśli interesujesz się historią technologii, tak naprawdę powinieneś być wdzięczny ludziom, którzy nielegalnie kopiują oprogramowaniepisze Benj Edwards na stronach portalu Technologizer. Dlaczego tak sądzi?

Piractwo samo w sobie – w perspektywie historycznej – ma efekt zabezpieczający (piracy’s preserving effect). Aby to sobie wyraźnie uzmysłowić warto posłuchać audycji, w której o. dr Paweł Krupa z Instytutu Tomistycznego (i wcześniej członek członek Commissio Leonina) mówi o przygotowywaniu krytycznych wydań dzieł św. Tomasza z Akwinu. Audycja dostępna jest na portalu TOK FM (mp3). Nielegalne kopiowanie, przepisywanie, tworzenie rozmaitych kompilacji uchroniło wiele prac Akwinaty przed zaginięciem, ale też przysporzyło wielu kłopotów współczesnym edytorom, starającym się dotrzeć do oryginalnej wersji jego pism.

Edwards ten model przenosi do czasów nam zdecydowanie bliższych. Pisze o grach i programach wydawanych na kasetach, dyskietkach czy płytach CD-ROM, które od lat są zupełnie nieosiągalne i nieodczytywalne na nowych komputerach. Bez pracy piratów, bez łamania oryginalnych zabezpieczeń wydawców tego oprogramowania historycy technologii nie mogliby prowadzić swoich badań. Nielegalne kopiowanie pozwala także na omijanie barier geograficznych – stare programy i gry wydawane kiedyś lokalnie np. w Japonii dzięki staraniom piratów mogą dziś zainteresować badaczy z Zachodu.

Dla Edwardsa oprogramowanie nie jest jedynie efemerycznym i dla wielu dość abstrakcyjnym zasobem nie mającym zbyt wielkiego znaczenia w pozakomputerowym świecie. Struktura programu, jego zadania czy interfejs to także ślad cywilizacji, komunikat mogący wiele mówić o rzeczywistości współczesnej jego autorom i odbiorcom. Oprogramowanie staje się elementem kultury, powiązanym z reklamą, formami spędzania wolnego czasu, obecnymi w społeczeństwie wyobrażeniami i dominującymi mitami (tu zdecydowanie gry komputerowe).

Paradoksalnie to dziś – a nie w przeszłości – Edwards widzi więcej zagrożeń dla zabezpieczenia historycznych wersji oprogramowania. Przyczyną tego jest choćby monopolizacja rynku, której symbolem może być Apple i App Store, a także udostępnianie oprogramowania w chmurze czy zabezpieczenia uderzające w podstawowe prawa użytkowników (DRM).

Dla mnie dość ciekawie brzmi teza autora mówiąca o przechodzeniu komercyjnego oprogramowania (będącego własnością określonych podmiotów) do kulturowej domeny publicznej. Adobe posiada prawa do Photoshopa, ale współczesne znaczenie tego oprogramowania wychodzi daleko poza jego komercyjny kontekst. To przecież jedno z podstawowych narzędzi budowania reklamowych mitów albo konstruowania wypowiedzi w tekstowo-wizualnych debatach w internecie.

Zabezpieczanie software’owego dziedzictwa nie może być domeną jednej czy nawet kilku instytucji. Nawet gdyby zmiany w prawie pozwoliły na legalne pozyskiwanie i przechowywanie programów na oryginalnych nośnikach w fizycznych archiwach specjalnie stworzonych do tego celu bibliotek, pojawiłby się problem dostępności i realnego bezpieczeństwa takich pojedynczych zasobów. Zdaniem Edwardsa, dane cyfrowe muszą być kopiowane do nowego medium, aby mogły być odpowiednio zabezpieczone. Oczywiście dziś oznacza to złamanie prawa – przynajmniej w perspektywie zamkniętego, komercyjnego oprogramowania. W rezultacie przed upływem obowiązującego w USA okresu ochrony prawnoautorskiej (trwającego 95 lat) wiele programów zostanie utraconych na zawsze. Edwards postuluje skrócenie tego okresu do lat 20 oraz wprowadzenie nowych rozwiązań prawnych dla bibliotek, które mogłyby pozyskiwać i archiwizować software.

Autor nawołuje też do zdecydowanych oddolnych działań: należy wynagradzać autorów wykorzystywanego przez siebie oprogramowania, pozyskiwać je z legalnych źródeł, ale z drugiej strony odważnie dbać o poszanowanie swoich podstawowych praw likwidując ograniczenia DRM czy kopiując, zabezpieczając i ewentualnie rozpowszechniając programy.

Zdaniem Edwardsa gdyby nie działania niezgodne z prawem autorskim, wiele z 23 tys. gier pierwotnie wydawanych na dyskietkach lub taśmach magnetofonowych nie dotrwałoby do naszych czasów. Dziś są one upowszechniane nieformalnymi kanałami dystrybucji – w sieciach P2P czy na zamkniętych forach internetowych. Benj Edwards przyznaje wprost: jako dziennikarz i historyk w swojej pracy uzależniony jestem od kolekcji pirackiego oprogramowania. Nie ma innej legalnej alternatywy.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego Edwards tak pozytywnie oceniając nielegalne praktyki związane z kopiowaniem oprogramowania i neutralizacją ograniczeń w jego wykorzystywaniu wciąż posługuje się pojęciem piractwa, przynależnym jednak już do zupełnie innego – i obawiam się – martwego dziś języka.

Dziękuję Małgorzacie Joannie Adamczyk za poinformowanie mnie o tym artykule na stronie HiM na Facebooku.