Nie zrobić z historii martwych rytuałów – Rafał Bąkowicz o upamiętnianiu Powstania Warszawskiego

30 lipca w Muzeum Powstania Warszawskiego odbył się finał II ogólnopolskiego konkursu na komiks o Powstaniu Warszawskim „Powstanie ’44 w komiksie”. I nagrodę zdobył Rafał Bąkowicz, autor pracy pt. „Sierpień”. Zadałem Rafałowi kilka pytań o pamięć Powstania i możliwości doświadczenia rzeczywistości tamtych historycznych wydarzeń. Czy można upamiętnić Powstanie filmem komediowym? Czy może istnieje jedyna odpowiednia estetyka przedstawienia tamtych dni?

Marcin Wilkowski: Na ostatnim rysunku twojego komiksu widać krążące nad walczącą Warszawą machiny podobne to tych z Wojny światów. W tym obrazku pamięć historyczna i wybrażenia rodem z filmów SF łączą się i mieszają. Czy taka jest według ciebie współczesna pamięć Powstania Warszawskiego?

Rafał Bąkowicz: W pewnym sensie tak. To jest oczywiście wizja wyolbrzymiona do absurdu, ale głównie dlatego, żeby podkreślić przekaz. Nie podejrzewam, żeby znalazł się gdzieś jakiś nastolatek, który by naprawdę tak wyobrażał sobie Powstanie, ale z drugiej strony czasem rzeczywistość bywa bardziej groteskowa od fantazji i ktoś mógłby się zaskoczyć. Tak naprawdę różnice w postrzeganiu historii mogą być bardziej subtelne, ale nie mniej znaczące.

Bardziej starałem się jednak zwrócić uwagę na trudność w porozumieniu między ludźmi w ogóle, czy na fakt, że II Wojna Światowa stała się towarem na sprzedaż: elementem popkultury. Odpowiadając konkretniej na Twoje pytanie: uważam, że pamięć Powstania Warszawskiego umiera razem z jego uczestnikami. Zostaną po nich jakieś wspomnienia, książki, pamiątki, ale nie sądzę, żebyśmy potrafili odpowiednio je odczytać. Każdy z nas będzie przenosił je na sobie znany grunt własnego dzieciństwa, własnych przeżyć i doświadczeń. Do nich będzie odnosił to, co przeczyta, usłyszy, zobaczy. Ale wychowaliśmy się w zupełnie innych czasach, według zupełnie innych reguł, w zupełnie innym świecie. Nie mówiąc już o tym, że wojna to tak ekstremalne doświadczenie, że nie sądzę, aby ktokolwiek potrafił ją sobie dobrze wyobrazić nie przeżywszy jej na własnej skórze. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to jest, moim zdaniem, w olbrzymim błędzie.

Zwróciłeś uwagę na to, że nie potrafimy oddać, przeżyć tamtych doświadczeń, nawet jeśli podziwiamy to bohaterstwo i pamiętamy o nim. Czy ta obcość dzieląca przestrzeń między nami a 1944 rokiem pozwala nam na upamiętnianie Powstania w dowolny sposób? Wyobrażasz sobie komedię o Powstaniu? Czy w swojej komiksowej pracy również narzuciłeś sobie pewne konstrukcyjne ograniczenia? Istnieje jakaś niedozwolona estetyka opisywania Powstania Warszawskiego?

Właśnie tu jest, w moim przekonaniu, istota rzeczy. My właściwie nie upamiętniamy już ludzi, tylko jakąś Ideę, nieco wyabstrahowaną z jej ludzkiego aspektu. O niej wypada mówić już tylko w jakiś ściśle określony sposób, ponieważ inaczej się ją wypacza. W tym widzę pewne niebezpieczeństwo. Dlatego uważam, że każda forma opowiadania o Powstaniu jest dobra, jeśli ociera się o Prawdę. Jeśli ociera się tylko o Fakty, to jest to coś martwego od co najmniej tylu lat, ile mają te Fakty.

Mam nadzieję, że w moim komiksie da się wyczuć, że jest to moja opowieść o Powstaniu. Nie nawet jakiegoś współczesnego, wymyślonego, papierowego człowieka, ale zwyczajnie moja. W tym komiksie zawarłem wszystko, co myślę o Powstaniu. Starałem się w tej opowieści oddać to, co według mnie mogli czuć powstańcy. Nie ginie tam żaden Polak, w przeciwieństwie do innych znanych mi komiksów na ten temat, które skupiają się właśnie na martyrologii. Chciałem pokazać pewną euforię, nadzieję, poczucie bycia panami własnego losu. To również symbolizują te wielkie maszyny. Powstańcy z początku zwyciężają, pojawia się machina, którą zmontowali po kryjomu w czasie okupacji, z której są dumni i w którą wierzą. No, a potem pojawia się jeszcze większa machina niemiecka i okazuje się, że euforia mija. To jest historia Powstania wtedy i historia Powstania dziś, w jednym miejscu, na ośmiu stronach. Krócej już nie mogłem.

I mogę sobie wyobrazić komedię o Powstaniu Warszawskim. Chciałbym taką zobaczyć. Ale nie głupawe żarciki, tylko komedię bliższą „Paragrafowi 22”, czyli raczej wykorzystującą swoją formę (komediową), do podkreślenia pewnych rzeczy, czyli wspomagającą przekaz i będącą jego elementem. Może słowo groteska byłoby tu odpowiedniejsze.

Ale czy w sytuacji opisanej przez Ciebie, gdzie suche fakty nie potrafią mówić same za siebie i potrzebują być przetłumaczone na język współczesnych wyobrażeń i jest jeszcze miejsce na historię? Czy upamiętnienie Powstania wymaga od nas poznania faktów, czy może wystarczy tylko odpowiedni uczuciowy i estetyczny wstrząs? Może wolimy pomniki od książek historycznych, bo one łatwiej tłumaczą to, co się stało, nie zadają trudnych pytań? I czy taka pamięć o 1944 roku jest w stanie wpłynąć na nas, coś w nas zmienić, coś wywołać?

Moim zdaniem historia zwyczajnie nie powinna umrzeć. To trochę jak z religią. Jeśli nie odniesie się jej do współczesnego człowieka, to stanie się martwym zbiorem tajemniczych rytuałów. Nie chodzi mi też o to, żeby zaraz przebierać bohaterów spod Troi w dżinsy i koszulki moro, ale jakoś musimy zrozumieć co oni tam robili, o co się bili. Historia odniesiona do samej siebie będzie zupełnie niepożyteczna. Także pomnik – fajnie, ale jeśli zapomnimy, że ten pomnik symbolizuje żywego, podobnego do nas człowieka, z zaletami, wadami i wszystkimi ludzkimi przypadłościami to, w moim przekonaniu, tak naprawdę zapominamy o historii i zamieniamy ją w martwą religię.

Ale ja tylko narysowałem komiks o Powstaniu Warszawskim.