Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?
Ja bym powiedział tak: każde muzeum jest elementem polityki historycznej, przede wszystkim dlatego, że muzeum to jest budynek, personel, pieniądze wydane na obiekty. To nie jest książka, to jest poważne przedsięwzięcie ekonomiczne, w przypadku dużego muzeum są miliony i dziesiątki milionów złotych. A więc na to zdobywa się duże miasto, państwo, a nawet jeśli decyzję tę podejmuje mniejsze miasto, to w skali tej społeczności jest to duży wydatek, czyli jest to decyzja nie jednostki, tylko to musi być w jakiś sposób wynegocjowane, i w tym sensie jest to element zawsze polityki, muzeum w tym sensie przynależy do świata polityki, nie mówię, polityki jakiejś wąsko partyjnej, ale przynależy do tego, co ściśle publiczne. Inaczej poważne muzeum nie może zaistnieć. Można oczywiście zgłaszać zarzut, że jest to monumentalizacja itd., ale ja bym powiedział tak, że może Foucault wobec XIX-wiecznych wielkich muzeów w Paryżu formułował tę krytykę, i ona miała swój sens, muzeum jest bowiem pewną instytucją, czy było pewną instytucją mieszczańską, o określonych ambicjach. Nasze dawne muzeum szczecińskie – to przedwojenne – byłoby tu typowym przykładem, spojrzawszy już na budynek czy chociażby salę, do której wchodzimy i widzimy kopie rzeźb rzymskich, To jest to typowa mieszczańska konstrukcja: miasto, które się dorobiło, wybudowało muzeum, bo ma być z niego dumne, i w tym muzeum miała się znaleźć: klasyka… Przypomina mi się, widziałem w innym mieście niemieckim kolekcję podobną do szczecińskiej, tylko że tam była to gipsowa konstrukcja, te wszystkie rzeźby, znane ze Szczecina, były mniejsze i fundował je producent kart do taroka, no więc on nie miał tyle pieniędzy, ile mieli przemysłowcy w Szczecinie budujący flotę wojenną dla cesarza Wilhelma…
PK: Przepraszam, pytanie na marginesie: czy był tam również gipsowy Colleoni?
Nie, akurat nie, ale ta kolekcja, która zwykle była podobna (to z Winckelmanna wszystko się bierze), więc to jest mieszczańska konstrukcja, mieszczanin idzie do muzeum, żeby potwierdzić swoje wykształcenie. My funkcje muzeum dzisiaj zupełnie inaczej rozumiemy, choć jest to jeszcze ślad dawnego, że jedziemy do Luwru, i czujemy się o niebo kulturalniejsi, bo obejrzeliśmy Rafaela czy Rubensa w oryginale, chociaż tak naprawdę dlatego go oglądamy, że już dziesiątki razy obejrzeliśmy go w jakimś albumie Jeszcze to istnieje, ale w gruncie rzeczy współczesne muzeum, to nowoczesne, istnieje w zupełnie inny sposób, ono istnieje jako pewna wypowiedź dotycząca współczesności, nawet jeśli to będzie o historii dawniejszej. Koncentruje ogromnie uwagę mediów, no i w tym sensie trzeba powiedzieć, że buduje świadomość historyczną – poprzez tłumy zwiedzających, poprzez turystykę w ogromnym stopniu. Bo przecież ludzie nie uczą się historii przede wszystkim od nas historyków, nawet nie od tych szczęśliwców, którzy napisali szkolne podręczniki do historii. Ponieważ świadomość historyczna, ta społeczna, to, co nazywamy pamięcią w odniesieniu do współczesności, przecież ona nie jest skonstruowana narracyjnie, jeżeli byśmy zaczęli robić badania, i powiedzieli komuś: opowiedz pan historię PRL-u, to, przepraszam, ale usłyszymy bardzo nieudolne próby i jakieś jąkanie się, ale powiemy: 1956 rok, powiemy: Solidarność, pokażemy pomnik trzech krzyży z kotwicą, to nagle zostanie coś uruchomione w świadomości…
PK: Proszę wybaczyć, ale wyłania się z tego wyłącznie heroiczna wizja historii…
Ależ nie, niech to będą te dżinsy Odra…
PK: Szczeciński paprykarz…
Zgoda, niech to będzie puszka słynnego szczecińskiego paprykarza. Marcin Kula napisał trafnie o nośnikach historii, to znaczy, na pewne obiekty, pewne obrazy, na które społeczeństwo, grupy społeczne, indywidua reagują na zasadzie: „to jest dawność”, to znaczy, to ma ten stempel dawności, to ma jakoś odniesienie do przeszłości. Poprzez pewne przedmioty, tak jak przez kalejdoskop, zaczynamy zwracać się ku przeszłości, i jest określona topografia tych przedmiotów, albo tych wielkich symbolicznych, albo tych mniejszych, choćby ktoś bierze bibelot cioci, i mówi: to pochodzi z jej dzieciństwa i jest wielką pamiątką rodzinną, ale także świetnie nadaje się do opowiadania o własnej rodzinie przyjaciołom i znajomym. I tak jest skonstruowana ta nasza potoczna świadomość historyczna, ona właśnie nie jest narracyjna, ona moim zdaniem jest bardzo silnie pokawałkowana i składa się z takich kamyków, większych lub mniejszych, które pełnią funkcję symboli…
PK: Myślę, że można jakoś tymi kamykami manipulować, takie zjawiska jak…
JM: Kształtować lepiej…
PK: … polityka pamięci, sztuka pamięci, mówi się bowiem o nowym metahistorycznym ruchu, o nowym pojmowaniu idei pomnika, choćby w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych (przypomnijmy bliskie nam geograficznie berlińskie Pole pamięci Petera Eisenmana), są więc kolejne próby wpływania na świadomość historyczną, zmysł historyczny, z pomocą nowych środków.
Ale przecież to nie jest nic złego… Ja bym powiedział tak, jest taki typ historyków, który mówią, że politycy czy ktokolwiek inny nie powinni się wtrącać do spraw historiografii. OK, ale jeśli kształtowanie obrazu przeszłości to rodzaj władzy, to czyż historyk nie żąda dla siebie pewnego monopolu władzy. Czy mówienie o przeszłości powinno należeć tylko do profesorów historii? Mądre mówienie o przeszłości to mówienie o przyszłości. W tym sensie historia należy do nas wszystkich, co nie oznacza, że wszyscy są jednakowo mądrzy.
© Wywiad pochodzi z dwumiesięcznika “Pogranicza” nr. 4(69) 2007.

