Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?
Mówiliśmy o pewnym przełomie, jaki w polskim muzealnictwie stanowi Muzeum Powstania Warszawskiego, a jak odniósłby się Pan do krytyki tego obiektu, jakiej podjął się Robert Traba. Pominę tu prowokacyjne określenie „kicz patriotyczny”, bo istotniejsze wydaje mi się coś innego. Zwrócił on uwagę na znamienną lukę: otóż w tym wielowymiarowym projekcie znalazło się według niego wszystko, oprócz rzeczy zasadniczej – dramatycznego sporu o celowość, sens Powstania.
Mam do tego muzeum bardzo złożony i bardzo osobisty stosunek, bo nazwiska trzech członków mojej rodziny są na tamtej tablicy poległych, i po raz pierwszy zwiedzałem to muzeum z moim ojcem, którego brat i dwóch stryjów są umieszczeni na tej tablicy. I ojciec mógłby się tam również znaleźć, tylko cudem bowiem jako żołnierz powstania się uratował. W związku z czym moja pierwsza refleksja jest taka, że to muzeum należy się tej starszej generacji. Ja nie wiem, czy oni potrzebowali dyskusji o celowości powstania, to już jest mocno starsza generacja, może w prywatnych rozmowach wielu z nich jest krytycznych wobec tego doświadczenia, ale sądzę, że znaczna część tej generacji chciałaby muzeum eksponującego bohaterski czyn i ukazującego ich martyrologię. Druga moja uwaga, skierowana do krytyków tego muzeum: dlaczego inni nie wpadli na pomysł zrobienia tego muzeum. Bo przecież jeżeli się zastanowić, dlaczego takie muzeum nie powstało w pięćdziesiątą rocznicę, w roku 1994, to aż ciarki przechodzą, że powstało dopiero dziesięć lat później. No więc jeżeli ono powstało z takim opóźnieniem, no to czy był jeszcze czas na taką dyskusję?
Tworzenie muzeum zawsze jest jakimś aktem perwersyjnego pokazywania historii przez sam fakt, że to właśnie jest muzeum, budynek, który z natury rzeczy jest monumentalny, i że nieuchronnie następuje symbolizacja. Rzeczy do zbadania z przeszłości jest nieskończoność, każda historiografia jest wyborem, tak samo każde muzeum z natury rzeczy jest jakąś niebywałą selekcją spośród ogromnej ilości faktów, zjawisk, przedmiotów, którymi moglibyśmy się z przeszłości zająć i do których takie czy inne źródła mamy, więc z szacunkiem odnoszę się do tej krytyki i potrafię ją zrozumieć… Może z czasem to muzeum rozszerzy się o jakiś dział dotyczący pytania o sens powstania, czy będą tam prowadzone takie dyskusje, nie wiem, może już są, nie śledzę tego dokładnie. Natomiast ja uważam, że to muzeum było koniecznością i przede wszystkim jestem ogromnie zadowolony i odbieram jako gigantyczną satysfakcję, że ono powstało… Trudno sobie Polskę wyobrazić bez Muzeum Powstania Warszawskiego.
PK: W obronie redaktora „Borussii”… Myślę, że on też odczuwa ten rodzaj satysfakcji, tylko że był maksymalistą w tym jednym wątku. Mogłoby być jeszcze lepiej – zdaje się nam mówić – gdyby całość projektu wzbogacić o ów nieobecny problem.
Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z tego, że to muzeum zrewolucjonizowało polskie muzealnictwo, dlatego że środki formalne, jakie są tam użyte, to przede wszystkim nowy model narracji (co wcześniej pan podkreślił), więc jest ono na antypodach takiego XIX-wiecznego typu muzeum. Druga rzecz, że środki tam użyte są bardzo nowoczesne…
PK: Przejście przez atrapę kanału – analogia z wagonem bydlęcym z Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie…
Teraz każde muzeum w Polsce chce zrobić coś takiego jak MPW. Ja bym powiedział, i to bardzo dobrze, oczywiście bardzo wiele efektów można uzyskać za znacznie mniejsze pieniądze, no oczywiście w tym wypadku, przy takim muzeum były one całkowicie uzasadnione, ale niektóre efekty można uzyskać skromniejszymi środkami finansowymi. No więc MPW stanowi, moim zdaniem, wielki przełom w polskim muzealnictwie, i o tyle bym polemizował z Robertem Trabą, że brakuje mu dyskusji o miejscu MPW w polskim muzealnictwie w ogóle: to muzeum właśnie było rewolucją w sposobie wystawiennictwa i ono przez sam fakt zaistnienia stało się poważnym głosem w tej dyskusji.
JM: Z tym jest pewien kłopot, ponieważ ta dyskusja o MPW zderza się z refleksją na temat muzealnictwa w ogóle, a zwłaszcza z taką podejrzliwością wobec muzeów, taką, która wyrasta z krytyki foucaultowskiej, że każde muzeum, po pierwsze, monumentalizuje przeszłość, a nawet zawłaszcza przeszłość, a po drugie, że wiele muzeów ma w sobie takie elementy, które pochodzą z innego terytorium, innego państwa, i w tym sensie muzeum było wykorzystywane jako instytucja kolonizacyjna, by tak rzec. To oczywiście poza tym (warszawskim) kontekstem…
PK: Chciałbym uruchomić jeszcze jeden kontekst, przypomina się obrazoburcze opowiadanie Tadeusza Różewicza z końca lat pięćdziesiątych. Wycieczka do muzeum, gdzie muzeum Auschwitz-Birkenau staje się synonimem bezdusznej, sterylnej gabloty, w której bezpowrotnie ulatnia się cierpienie ofiar. Myślę, że w Warszawie zrobiono wiele, by tak się właśnie nie stało, żeby to nie była „wycieczka”, ale przede wszystkim głębokie przeżycie i właśnie doświadczenie tego, co tak trudno poddaje się nie tylko muzealnej konceptualizacji.

