Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?
PK: Czego przykładem – suszarka z fryzjerskiego salonu…
W przypadku Szczecina byłyby to – Filipinki, dżinsy Odra, motor Junak. Niektórzy z twórców wystawy argumentowali: wszyscy wiedzieli przecież, kim są Filipinki, a kto wiedział o wyrokach śmierci wykonywanych na Potulickiej. To jest bardzo trudna dyskusja. No bo z jednej strony oczywiście warto jest opowiadać historię, powiedziałbym, potocznej codzienności. Ale jeżeli mówimy o wyrokach śmierci, to strach przed UB też był bardzo codzienny w latach stalinowskich. Ludzie chodzili do wyborów, które nie były wyborami, naśmiewając się z nich, ale chodzili, ponieważ się czegoś bali. Pójście do wyborów, które wyborami nie były, było spowodowane bardzo „codzienną” psychologią. W związku z czym już spór, co jest codziennością, jest tutaj otwarty. A ponadto pojawić się może też pytanie, czy i w jakim stopniu historię opowiada się za pomocą symboli. Jeżeli mówimy o Szczecinie, to ostatnio prezydent Piotr Krzystek otworzył tę dyskusję wokół daty 26 kwietnia. Jakich symboli potrzebuje dana społeczność: ten problem jest w gruncie rzeczy tym trudniejszy, im społeczność jest mniejsza. Bo łatwiej jest napisać ogólną historię polityczną Polski 1945–1989, to bardziej zależy od talentu literackiego i lekkości pióra. Ale napisać historię miejscowości Chojna albo Darłowo, to trzeba mieć dobry mikroskop. I tak samo jest z historią Szczecina: historia lokalna, regionalna to jest pewien gatunek historiografii. Paul Ricouer nazywa kwestią skali.
JM: Historia miasta…
Historia miasta, regionu, powiatu, która jest w gruncie rzeczy bardzo trudnym gatunkiem historiografii, która często w przeszłości była zmonopolizowana przez amatorów, i to były takie sobie opowieści, bardzo nieskładne, choć czasem sympatyczne i ciekawe. Natomiast, wydaje się, iż w dzisiejszym świecie pisanie historii lokalnej jest istotne i trzeba sporo tych historii lokalnych napisać, by móc na nowo zacząć uogólniać, tym razem na wyższym poziomie. Zresztą, tak jak było w szkole Annales, być może można napisać historię tylko jednego małego miasteczka, opisując genialnie historię Polski, w małej społeczności jak w kropli wody potrafią się bowiem odbić wielkie mechanizmy dziejowe.
PK: Pozwolę sobie jednak wrócić do tego podwójnego konceptu, do grawitacji pomiędzy „codziennością” a „niecodziennością historii”. Wystawa ta jest istotna dla mnie z jeszcze jednego względu, widziałbym w niej ucieleśnienie procesu, który Magdalena Lachman, nazwała „transformacjami współczesnego muzeum”, a więc stopniowym odejściem od oświeceniowego rozumienia muzeum jako przybytku edukacji i kontemplacji dzieł sztuki. Zastanawia mnie jednak coś jeszcze, mógłbym to określić jako pęknięcie, rysę w podwójności tego projektu: wygląda to bowiem po trosze tak, jak gdyby twórcy tej rzeczywiście awangardowej – i chyba jednak niedocenionej nieco wystawy – jaką była Codzienność historii, przestraszyli się tego, co udało im się pokazać/wystawić. Przestraszyli się dysproporcji, jaka wynikła ze skupienia się przede wszystkim na potocznym wymiarze PRL-u. Stąd idea tego swoistego postscriptum: pokazać, zwłaszcza młodym, że PRL to nie tylko junaki, sukienki z Dany, lecz także wyroki śmierci, „życie na podsłuchu”, wielki strach… I dopiero ten tandem, te dwa koegzystujące projekty składałyby się na coś, co moglibyśmy nazwać próbą całości.
Jeszcze tej zapowiedzianej wystawy, która będzie w jakimś stopniu kontynuacją Codzienności historii, nie ma, trudno więc o niej mówić. Jakoś uczestnicząc w kształtowaniu jej pierwszej części, byłem jednak po stronie tych, którzy mówili: więcej rzeczy z Potulickiej, więcej o nielegalnie drukowanej bibule. Wyobrażam sobie, że można jedno i drugie ująć, tylko że wystawa muzealna to nie jest książka…
PK: Chociaż jest narracją…
Jest narracją, ale jest narracją formułowaną za pomocą obiektów – rekwizytów często o sile symboli. Użyłbym tu pseudomatematycznej analogii: narracja w książce jest ciągła, natomiast narracja muzealna jest narracją nieciągłą, to znaczy widz, który tam wchodzi, jest przyciągany przez poszczególne obiekty, które działają jak symbole, i później ma to mieć pewną logikę, ma to się złożyć, ale on najpierw musi być przyciągnięty pewnymi wyrazistymi punktami na takiej wystawie, by wejść w muzealną rzeczywistość. Wystawa powinna być przeżyciem…
JM: To jest fundamentalne rozróżnienie współczesnej historii…
Tu działa obraz, obiekt, zdjęcie, a więc coś, co jest w dużym stopniu komunikacją pozawerbalną, która później w jakiś sposób ma zostać zracjonalizowana czy zwerbalizowana. I to są cechy dobrej wystawy muzealnej, tu chciałbym wyrazić podziw dla pani Anny Bartczak, i jestem też dumny, że w tym projekcie uczestniczyłem… Na wystawę można wejść i przejść przez nią w piętnaście minut, ale ten kwadrans powinien też wystarczyć, żeby zobaczyć jej nerw. A później nabrać ochoty, by oglądać ją godzinami. Zresztą większość widzów, jak poucza teoria komunikacji, wyniesie wrażenie tylko z kilku obrazów, nawet jeżeli zaczną starannie czytać wszystkie podpisy, to bardzo niewielu to zrobi, bo tego jest za dużo, albo do nich trafią tylko pewne określone rzeczy…
PK: Wracając do gry tytułami: na różnicę pomiędzy „codziennością” a „niecodziennością historii” spojrzeć można jako na problem ogólniejszej natury. Okazać się może bowiem, że po prawie dwudziestu już latach od pamiętnego 4 czerwca nadal nie znaleźliśmy sposobu, jak mówić o PRL-u. Debata, podobnie jak w wypadku szczecińskich ekspozycji, ugrzęzła gdzieś pomiędzy komizmem kronik filmowych (notabene coraz bardziej popularnych) a wystawami z cyklu Twarze bezpieki.

