polecamy

Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?

02.10,2007
redakcja

PK: Czego przykładem – suszarka z fryzjerskiego salonu…

W przypadku Szczecina byłyby to – Filipinki, dżinsy Odra, motor Junak. Niektórzy z twórców wystawy argumentowali: wszyscy wiedzieli przecież, kim są Filipinki, a kto wiedział o wyrokach śmierci wykonywanych na Potulickiej. To jest bardzo trudna dyskusja. No bo z jednej strony oczywiście warto jest opowiadać historię, powiedziałbym, potocznej codzienności. Ale jeżeli mówimy o wyrokach śmierci, to strach przed UB też był bardzo codzienny w latach stalinowskich. Ludzie chodzili do wyborów, które nie były wyborami, naśmiewając się z nich, ale chodzili, ponieważ się czegoś bali. Pójście do wyborów, które wyborami nie były, było spowodowane bardzo „codzienną” psychologią. W związku z czym już spór, co jest codziennością, jest tutaj otwarty. A ponadto pojawić się może też pytanie, czy i w jakim stopniu historię opowiada się za pomocą symboli. Jeżeli mówimy o Szczecinie, to ostatnio prezydent Piotr Krzystek otworzył tę dyskusję wokół daty 26 kwietnia. Jakich symboli potrzebuje dana społeczność: ten problem jest w gruncie rzeczy tym trudniejszy, im społeczność jest mniejsza. Bo łatwiej jest napisać ogólną historię polityczną Polski 1945–1989, to bardziej zależy od talentu literackiego i lekkości pióra. Ale napisać historię miejscowości Chojna albo Darłowo, to trzeba mieć dobry mikroskop. I tak samo jest z historią Szczecina: historia lokalna, regionalna to jest pewien gatunek historiografii. Paul Ricouer nazywa kwestią skali.

JM: Historia miasta…

Historia miasta, regionu, powiatu, która jest w gruncie rzeczy bardzo trudnym gatunkiem historiografii, która często w przeszłości była zmonopolizowana przez amatorów, i to były takie sobie opowieści, bardzo nieskładne, choć czasem sympatyczne i ciekawe. Natomiast, wydaje się, iż w dzisiejszym świecie pisanie historii lokalnej jest istotne i trzeba sporo tych historii lokalnych napisać, by móc na nowo zacząć uogólniać, tym razem na wyższym poziomie. Zresztą, tak jak było w szkole Annales, być może można napisać historię tylko jednego małego miasteczka, opisując genialnie historię Polski, w małej społeczności jak w kropli wody potrafią się bowiem odbić wielkie mechanizmy dziejowe.

PK: Pozwolę sobie jednak wrócić do tego podwójnego konceptu, do grawitacji pomiędzy „codziennością” a „niecodziennością historii”. Wystawa ta jest istotna dla mnie z jeszcze jednego względu, widziałbym w niej ucieleśnienie procesu, który Magdalena Lachman, nazwała „transformacjami współczesnego muzeum”, a więc stopniowym odejściem od oświeceniowego rozumienia muzeum jako przybytku edukacji i kontemplacji dzieł sztuki. Zastanawia mnie jednak coś jeszcze, mógłbym to określić jako pęknięcie, rysę w podwójności tego projektu: wygląda to bowiem po trosze tak, jak gdyby twórcy tej rzeczywiście awangardowej – i chyba jednak niedocenionej nieco wystawy – jaką była Codzienność historii, przestraszyli się tego, co udało im się pokazać/wystawić. Przestraszyli się dysproporcji, jaka wynikła ze skupienia się przede wszystkim na potocznym wymiarze PRL-u. Stąd idea tego swoistego postscriptum: pokazać, zwłaszcza młodym, że PRL to nie tylko junaki, sukienki z Dany, lecz także wyroki śmierci, „życie na podsłuchu”, wielki strach… I dopiero ten tandem, te dwa koegzystujące projekty składałyby się na coś, co moglibyśmy nazwać próbą całości.

Jeszcze tej zapowiedzianej wystawy, która będzie w jakimś stopniu kontynuacją Codzienności historii, nie ma, trudno więc o niej mówić. Jakoś uczestnicząc w kształtowaniu jej pierwszej części, byłem jednak po stronie tych, którzy mówili: więcej rzeczy z Potulickiej, więcej o nielegalnie drukowanej bibule. Wyobrażam sobie, że można jedno i drugie ująć, tylko że wystawa muzealna to nie jest książka…

PK: Chociaż jest narracją…

Jest narracją, ale jest narracją formułowaną za pomocą obiektów – rekwizytów często o sile symboli. Użyłbym tu pseudomatematycznej analogii: narracja w książce jest ciągła, natomiast narracja muzealna jest narracją nieciągłą, to znaczy widz, który tam wchodzi, jest przyciągany przez poszczególne obiekty, które działają jak symbole, i później ma to mieć pewną logikę, ma to się złożyć, ale on najpierw musi być przyciągnięty pewnymi wyrazistymi punktami na takiej wystawie, by wejść w muzealną rzeczywistość. Wystawa powinna być przeżyciem…

JM: To jest fundamentalne rozróżnienie współczesnej historii…

Tu działa obraz, obiekt, zdjęcie, a więc coś, co jest w dużym stopniu komunikacją pozawerbalną, która później w jakiś sposób ma zostać zracjonalizowana czy zwerbalizowana. I to są cechy dobrej wystawy muzealnej, tu chciałbym wyrazić podziw dla pani Anny Bartczak, i jestem też dumny, że w tym projekcie uczestniczyłem… Na wystawę można wejść i przejść przez nią w piętnaście minut, ale ten kwadrans powinien też wystarczyć, żeby zobaczyć jej nerw. A później nabrać ochoty, by oglądać ją godzinami. Zresztą większość widzów, jak poucza teoria komunikacji, wyniesie wrażenie tylko z kilku obrazów, nawet jeżeli zaczną starannie czytać wszystkie podpisy, to bardzo niewielu to zrobi, bo tego jest za dużo, albo do nich trafią tylko pewne określone rzeczy…

PK: Wracając do gry tytułami: na różnicę pomiędzy „codziennością” a „niecodziennością historii” spojrzeć można jako na problem ogólniejszej natury. Okazać się może bowiem, że po prawie dwudziestu już latach od pamiętnego 4 czerwca nadal nie znaleźliśmy sposobu, jak mówić o PRL-u. Debata, podobnie jak w wypadku szczecińskich ekspozycji, ugrzęzła gdzieś pomiędzy komizmem kronik filmowych (notabene coraz bardziej popularnych) a wystawami z cyklu Twarze bezpieki.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Uwaga: Można używać podstawowych znaczników XHTML w treści komentarza. Podany w formularzu mail nigdy nie będzie publikowany. Redakcja zastrzega sobie prawo edycji lub usunięcia komentarza, jeśli jego treść nie odnosi się do treści artykułu lub narusza zasady netykiety.

Istnieje możliwość subskrybowania informacji o nowych komentarzach do tego artykułu za pomocą kanału RSS

Dodając komentarz pomagasz digitalizować starodruki