Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?
Mam dosyć szerokie kontakty z BStU [Die Bundesbeauftragte für die Unterlagen des Staatssicherheitsdienstes der ehemaligen Deutschen Demokratischen Republik = Pełnomocnik Federalny ds. Akt Służb Bezpieczeństwa b. Niemieckiej Republiki Demokratycznej – przyp. red.], i nikt w BStU ani w prasie niemieckiej, nie powie, że akta Stasi są nieprawdziwe. W ogóle nikomu coś podobnego nie przychodzi do głowy. Rozsądni ludzie rozumieją, że trzeba mieć do tego dystans, ale nikt nie powie, że są one nieprawdziwe, co bez przerwy się w polskiej publicystyce powtarza. Chociaż były robione podobnie, są specyficzne sposoby wytwarzania, tę metodę trzeba znać i trzeba rozumieć, aby je właściwie czytać, tak samo jak trzeba rozumieć akta partyjne, tak samo jak trzeba znać kod do czytania innych akt. I wszystkie przykłady fałszowania, które my znamy, były wykryte wewnątrz tego aparatu, i ci oficerowie byli za te fałszerstwa karani. Bo proszę, czy można wyobrazić sobie, że w roku 1970 czy 1980 wytwarzano akta z myślą, że system komunistyczny upadnie i jakiemuś IPN-owi, i jakimś zwolennikom lustracji przyczyni się ogromnych trudności, i się ich skompromituje, bo się sfałszuje akta. To byłoby jakimś absurdalnym przypuszczeniem. Przecież aparat partyjny chciał rzetelnych danych, inna rzecz, że jak się czyta te akta, to ich język jest specyficzny, bo piszący je wówczas mieli ideologiczne spojrzenie na rzeczywistość.
Wokół muzeum
PK: Ten fragment naszej rozmowy zacząć chciałbym, jeśli można, od pewnej anegdoty. Właśnie mijają dwa lata od czasu, gdy redagowaliśmy numer „Pograniczy”, do którego jednym z impulsów była, dzisiaj już śmiało można powiedzieć, głośna wystawa Codzienność historii, wystawa, której współorganizatorem, obok Muzeum Narodowego, był właśnie Szczeciński Oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Cieszę się oczywiście, iż to w naszym mieście odbyła się ekspozycja, która sytuuje Szczecin w awangardzie projektów historyczno-wystawienniczych, a zapytać chciałbym o drugą, i na razie wirtualną część tamtego projektu. Pozwalając sobie dwa lata temu na parafrazę tytułu tej wystawy, mówiąc o „Niecodzienności historii”, nie wiedziałem, iż w planach jest druga jej część pod takim właśnie tytułem. Czy mógłby Pan zdradzić choć fragment tej nowej koncepcji?
Ta wystawa ma swoją historię, ona powstała między Muzeum Narodowym a IPN-em, największą zasługę w jej powstaniu ma pani Anna Bartczak, kurator tej wystawy. Ale wokół niej, w takim kształcie, w jakim jest obecnie, toczył się pewien spór: czy skupić się bardziej na „niecodzienności historii”, czyli raczej na historii codzienności…

