Czy to powinno należeć tylko do profesorów historii?
PK: Mało krzepiące…
Oczywiście można traktować to jako mało krzepiące i czynić z tego jakiś zarzut, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że praca historyka to jednak nie jest mimesis, to nie jest pisanie powieści. W związku z tym najpierw muszą być zbadane archiwa. I jest coś takiego jak chronologia elementarna, to znaczy najpierw trzeba pobawić się w pewne kronikarstwo. Najpierw trzeba wydać źródła, przeczytać źródła, a dopiero później można się bawić w interpretację. Uznaję potrzebę i konieczność historiografii rozumiejącej, takiej, która zdobywa się na wyjaśnienia. I tu jest wiele nurtów czy to historiografii społecznej, Sozialgeschichte. Wiele wybitnych prac historycznych pisali psychologowie, psychoanalitycy, jak chociażby w Niemczech małżeństwo Mitscherling czy psychoanalityk z Halle, Hans-Joachim Maaz. Widać więc, że można opowiadać historię przy pomocy bardzo różnych metod i starać się dotrzeć do motywów działań ludzkich. Ale gdzieś musi być ta praca, że ktoś poszedł do archiwum, wydaje źródła i je czyta. I mnie się wydaje, że sytuacja w Polsce po roku 1989 roku, a to trwało może trochę dłużej, była taka, że nie było dostępu do źródeł, i to staramy się nadrobić w najrozmaitszy sposób. Czytając źródła i publikując je. Oczywiście można powiedzieć, że jeżeli się tak na to spojrzy, to ta historiografia jest „napiętnowana” faktografizmem. Tym niemniej, broniąc trochę tego stanu rzeczy, jest to konieczna faza. Mogą być jednak wybitni historycy (a mamy bardzo wiele takich przykładów), którzy pewnie rzadko bywają w archiwach, natomiast ogromnie dużo przeczytali i pisząc historię, pomagają ją zrozumieć. Czasem to ich mamy za wielkich dziejopisarzy. Ale ktoś do archiwum musi chodzić i to jest bardzo poważna praca i trzeba ją było po roku 1989 po prostu wykonać i wciąż nadrabiamy straty.
JM: To prawda, można uznać, że chronologia jest podstawowym trybem opisu przeszłości…
Ja to oczywiście nieco metaforycznie nazwałem elementarną chronologią…
JM: Ale czy zgodziłby się Pan, że w tych pracach, jeśli ja mogę je oceniać, które ukazują się w ramach monografii IPN-u, ścierają się właściwie trzy koncepcje opisu przeszłości. Pierwsza to narracja niepodległościowa. Jej wzorcem są publikacje, które ukazywały się kiedyś na emigracji. Pokazują one, że PRL był wyrwą w planie dziejowym. Konkuruje z nią narracja, którą nazwałbym demaskatorską. Polega ona na tym, żeby raczej odkrywać to, co w przeszłości było haniebne. Ale poszczególne zdarzenia nie układają się tu w jakąś nadrzędną całość. Żeby unaocznić ten problem, który wiąże się z typami narracji, powiedziałbym, że dość niekonsekwentnie używa się np. nazwy na określenie sąsiada ze wschodu. Nawet w ramach tych samych tomów spotkamy Związek Sowiecki i Związek Radziecki. A jak wiadomo, jest to opozycja nacechowana. Ewa Thomson powiada nawet, że używanie tej drugiej nazwy jest poświadczeniem kolonializmu psychologicznego, jaki ciągle jest naszym udziałem. W książkach IPN można spotkać te dwa określenia, co by wskazywało właśnie na recepcję bierną ukształtowanych wcześniej wzorców narracji historycznej. Jest wreszcie trzeci typ narracji. Polega on na zestawieniu chronologicznie przedstawionych wydarzeń z wyborem dokumentów. Ale niejednokrotnie (z naszą wrażliwością interpretacyjną) te dwie części nie muszą się ze sobą łączyć. Niekiedy wybór dokumentów tworzy swoją odrębną opowieść. Takie mam wrażenie na przykład po przeczytaniu książki Krzysztofa Majchrzaka o „Tygodniku Solidarność” [rec. na s. 98-101 – przyp. red.].
Wobec ogromu materiałów, jaki jest, można powiedzieć, że elementarną pasją historyka jest zapamiętanie przeszłości, żeby coś nie zostało zapomniane, więc jak są duże zaległości, to on chce możliwie dużo napisać, może czasem rozumienie, badanie mechanizmów zostawia na później, tak bym to wytłumaczył. Dorobek IPN-u jest jednak ogromny. Gdy chodzi o prace naukowe, to – jeśli się nie mylę – ponad dwieście pozycji plus najrozmaitsze materiały dydaktyczne, albumy wystaw itd. Nie przypuszczam, żeby nawet parę uniwersytetów łącznie miało taki dorobek, jaki ma jeden IPN. Ale historyk jest uzależniony od źródeł. Zadaniem historyków IPN-u jest przede wszystkim zdanie sobie sprawy z tego, co jest w tych szczególnych archiwach, ogólnie mówiąc, Służby Bezpieczeństwa i najrozmaitszych tego typu instytucji i zdanie sprawozdania, co w nich jest. I to jest to zadanie elementarne…
PK: Pytanie tylko, czy są to „czyste” źródła…
Żadne źródła nie są czyste, to znaczy nie ma źródeł, których nie należy poddać interpretacji. Tak samo „czystym” źródłem nie jest, że do kogoś idziemy, kto był świadkiem wydarzeń i pytamy go. On opowiada to, co widział, to, co chce powiedzieć, to, co poddał selekcji w skutek późniejszych lektur i relacji. Tak więc każde źródło wymaga interpretacji i oczywiście ze źródła, jakim są te archiwa, można odczytywać wiele rzeczy. Można odczytywać, jak był zorganizowany aparat represji i jak cierpiały jego ofiary. Można odczytywać, jak byli dzielni ci, którzy się temu aparatowi oparli. Można odczytywać znaczące fragmenty historii opozycji, jak ona się kształtowała, broniła przed tym aparatem itd. Jak Pan pójdzie do archiwum PZPR-u, to też jest bardzo szczególne źródło i bardzo szczególnym archiwum są kwity po elektrowni dla badającego historię energetyki. Każde archiwum jest jednostronne. Istotne względy zadecydowały, że na to archiwum zwrócono tak poważną uwagę, ponieważ to, co tutaj jest opisywane, w jakiś sposób symbolizuje system komunistyczny. Policja polityczna jest figurą każdej dyktatury. I starając się zbadać to archiwum, jednocześnie dokonuje się do pewnego stopnia symbolicznego aktu osądu tamtego systemu. To oczywiście ma ogromny wpływ na prace historyków IPN-u. Ale zwrócę uwagę na to, iż historycy IPN-u korzystają z bardzo wielu źródeł, nie tylko ze „swego” archiwum, aczkolwiek do pewnego stopnia są zobowiązani, żeby właśnie to archiwum penetrować. Inni historycy poszukują dokumentów w innych archiwach. To jest podział obowiązków. W pewnym momencie może będzie dochodziło do syntez. Pewnie wtedy, kiedy będziemy nasączeni znajomością źródeł i zaczniemy intensywniej dyskutować o interpretacjach. Zwracam uwagę na fakt, że pewne typy źródeł, jeżeli bierzemy pod uwagę historię społeczną, wymagają pracochłonnych metod. Jeżeli zaczniemy badać zakłady pracy w Polsce, no wyobraźmy sobie przebadanie, wyszukanie stu archiwów wielkich zakładów pracy, i mobilności siły roboczej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Pasjonujący temat. Czy stocznia szczecińska, żeby już dać konkretny przykład, czy to była sytuacja, że to byli robotnicy, którzy od wielu lat dobrze się porozumiewali i tak dzielnie wystąpili. Czy było odwrotnie, co dwa-trzy lata (zdaje się, iż prawda bliższa jest tego drugiego) ci pracownicy byli wymieniani. No i gdzie są tu powody buntu, jak bunt się krystalizuje w takiej grupie, która jest całkowicie zmienna? Są to oczywiście pasjonujące pytania, tylko one są w gruncie rzeczy znacznie bardziej pracochłonne, wymagają bardzo dużych zespołów archiwistów i historyków, którzy będą nad tym pracować…
JM: Czyli można powiedzieć, że badanie archiwów Służby Bezpieczeństwa jest drogą na skróty, ponieważ to powinno być uzupełnione jeszcze innym sposobem rekonstrukcji historii tamtego czasu, choćby przez historię mówioną, o której Pan wspominał i opisem innych instytucji?
Wie Pan, stwierdzenie „droga na skróty” sugeruje, że ktoś coś powinien zrobić, a nie zrobił w tym wypadku. Jeśli mówimy o zagadnieniach intelektualnych, to stwierdzenie, że „ktoś poszedł na skróty”, znaczy, iż nie odrobił jakiejś lekcji, a już doszedł do wniosków. W tym wypadku tak nie jest, bo bada się te archiwa i z tych archiwów, na tyle, na ile to jest możliwe, wyciąga się wnioski. Natomiast mamy świadomość, że historycy powinni badać też inne archiwa. Oczywiście, dystans do źródeł powoduje, iż zdajemy sobie sprawę, że badamy jedynie fragment rzeczywistości i to wymaga wielu uzupełnień…
JM: Tu też jest problem metodologiczny, jak badać archiwum, kiedy ma się do dyspozycji źródła, które nie są wiarygodne, bo wytworzone zostały przez obcą władzę…
Proszę mi wymienić jedno źródło, Pan jest historykiem literatury, jedno jedyne źródło, które byłoby w stu procentach wiarygodne i nie wymagałoby pańskiej podejrzliwości jako badacza. Jak pisarz pisze pamiętniki, ja je czytam jako krytyk literacki, to przecież też nie mogę literalnie wierzyć…

